Gdy brak jest zaletą

Żywność bez konserwantów, sztucznych aromatów i barwników czy kosmetyki bez parabenów – chyba nikt nie ma wątpliwości, że wszystko, co obywa się bez dużej ilości chemii, jest lepsze i zdrowsze. Brak pewnych substancji czy właściwości w wielu przypadkach można przekuć w zaletę. Czy jednak pozbawienie niektórych produktów ich charakterystycznej cechy ma sens? Czy nie powoduje uszczerbku jakości i nie sprawia, że stają się gorsze? Okazuje się, że wcale nie. Wręcz przeciwnie – może mieć swoje plusy!

Przede wszystkim produkty, z których wyeliminowano cukier, tłuszcz, kofeinę czy alkohol, funkcjonują nie zamiast „pełnowartościowych” wersji, ale obok nich, jako alternatywa. Dlatego okazują się dobrodziejstwem dla wielu osób, które z rozmaitych powodów nie chcą lub nie mogą spożywać niektórych substancji, a są przywiązane do pewnych marek czy smaków. Przykładów nie trzeba daleko szukać – jako że lato w pełni, wystarczy wziąć na warsztat produkty, które dają ochłodę i orzeźwienie, czyli napoje.

Zestawień, które prezentują najchętniej spożywane napoje na świecie, jest mnóstwo, ale w jednym są zgodne – na liście króluje czysta woda. Oprócz niej w pierwszej piątce plasują się także – w różnej kolejności, w zależności od rankingu – kawa, herbata, piwo i napoje gazowane. Pije je cały świat, ale to nie oznacza, że wszyscy takie same. Konsumenci mają bowiem różne potrzeby, a producenci starają się za tym nadążyć.

Być jak George Clooney

Szacuje się, że na świecie rocznie wypija się 400 miliardów filiżanek kawy. Tak ogromna ilość nie dziwi – przecież niektórzy są od niej wręcz uzależnieni! Wiele osób bez kawy nie potrafi się skoncentrować i traktuje ją czysto funkcjonalnie. Ale niektórzy po prostu lubią jej smak, dlatego chętnie delektują się nią nawet późnym wieczorem. Tylko co wtedy ze snem i wypoczynkiem? Z pomocą przychodzi kawa bezkofeinowa. Jest ona zalecana także osobom, które nie mogą spożywać kofeiny ze względów zdrowotnych, np. z powodu chorób układu krążenia lub choroby wrzodowej, a także kobietom w ciąży.

Kawa bezkofeinowa uzyskiwana jest w procesie specjalnej obróbki jeszcze na etapie segregacji ziaren, przed paleniem. Dzięki temu praktycznie nie różni się smakiem od zwykłej małej czarnej. W tej chwili większość producentów oferuje taką wersję kawy, począwszy od tych największych, jak Lavazza czy Illy. Oprócz mielonej i ziarnistej bez trudu można zaopatrzyć się w kawę bezkofeinową w popularnych ostatnio kapsułkach, np. Nespresso. Poza tym w każdej dobrej kawiarni można zażyczyć sobie ten napój w wersji bezkofeinowej, podany w dowolny sposób.

Judi James i James Moore, autorzy książki „The You Code”, określają miłośnika kawy bezkofeinowej (a przy okazji mleka sojowego), jako przemądrzałego i pretensjonalnego ekowojownika, który lubi zwracać na siebie uwagę, jest mięczakiem w sypialni, do tego wybrednym i grymaśnym. Jednak kto by się przejmował taką charakterystyką, skoro sam George Clooney w pewnej reklamie z wdziękiem przyznaje się do picia kawy bezkofeinowej?

Uwielbiana i znienawidzona

Chyba żaden napój na świecie nie wzbudza tak skrajnych emocji jak Coca-Cola. Ma miliony wielbicieli – by nie powiedzieć wyznawców – i chyba równie wielu przeciwników, którzy zarzucają jej, że jest przyczyną otyłości, wywołuje próchnicę i wiele innych chorób. Ci pierwsi kochają ją za niepowtarzalny smak oraz za to, że orzeźwia i dodaje energii. Ale nawet oni zdają sobie sprawę, że picie dużych ilości coli może mieć przykre konsekwencje, bowiem jest ona prawdziwą bombą kaloryczną. Pół litra brązowego napoju z bąbelkami zawiera – jak wynika z informacji na etykiecie – ponad 50 g cukru, a to oznacza przynajmniej 200 kcal.

Są jednak i tacy, którzy nie mogą żyć bez coli, ale dodatkowe kalorie są im – nomen omen – nie w smak. Dla nich wymyślono Coca-Colę light i Coca-Colę Zero. Cukier zastąpiono w nich słodzikami.   I choć nie występowały one w oryginalnej recepturze – przecież w 1886 r. jeszcze ich nie znano – ich zalety praktyczne są nie do przecenienia. Pół litra dietetycznej Coca-Coli to tylko 1 kilokaloria!

Przyjemność bez wyrzutów sumienia

Zwolennicy „tradycyjnej” coli twierdzą, że wersje bezcukrowe mają znacznie gorszy smak. Dodatkowo przeciwnicy słodzików argumentują, że aspartam czy acesulfam są bardzo szkodliwe dla zdrowia. Tymczasem słodziki to jedne z najlepiej przebadanych substancji spożywczych na świecie, poza tym są dodawane do żywności w  naprawdę niewielkich dawkach, więc ryzyko spożycia ilości groźnej dla zdrowia praktycznie nie istnieje. I wreszcie smak wariantów dietetycznych nie różni się znacząco od „oryginału”, wymyślonego przez Johna Pembertona ponad 125 lat temu – szczególnie w przypadku Coca-Coli Zero.

To prawdziwe błogosławieństwo dla osób będących na diecie albo diabetyków, gdyż pozwala zaspokoić apetyt na słodkości, a jednocześnie unikać kalorii i cukru, który także nie jest zbyt zdrowy. Do tego dochodzi orzeźwienie, ważne zwłaszcza latem, a tego przecież nie da żaden bezcukrowy wafelek czy czekolada! Forumowiczka ladyalien pisze: Zerówkę uwielbiam od dawna, mimo że nie jestem mężczyzną 😉 Jest cudownie bezkarna, jeżeli chodzi o cukier i kofeinę. Jej smak odbiega troszkę od normalnej coli, ale szybko można się przestawić (tak było w moim przypadku), ale może dlatego, że wcześniej piłam coca-cole light. Mocno schłodzona jest idealna na upalne dni.

Bezalkoholowe czasoumilacze

Wakacje spędzane nad morzem – nie tylko polskim – to w dużym stopniu wylegiwanie się na plaży, przy której ciągnie się długi rząd barów i restauracji. Chciałoby się wejść do jednego z lokali i ochłodzić drinkiem albo zimnym piwem. Jednak kąpiele morskie i słoneczne są równie kuszące, a po alkoholu raczej niewskazane. Ponadto alkohol wywołuje senność, a zaśnięcie w promieniach palącego słońca może się zakończyć bolesnymi poparzeniami. Dodatkowo zwiększa ryzyko udaru słonecznego i skurczu mięśni oraz osłabia koordynację ruchów. Pływanie w takim stanie jest mocno ryzykowne, zaś motorówki czy skutera wodnego wręcz nie wolno prowadzić. Jest jednak sposób na to, by pogodzić przyjemne z… przyjemnym – to bezalkoholowe wersje popularnych napojów.

I tak panie mogą sobie zamówić bezalkoholową pinacoladę czy mojito, których brak rumu z pewnością nie pozbawi właściwości chłodzących. Natomiast panowie mogą wybrać piwo bez procentów, np. Lecha Free. W przeciwieństwie do kilku dostępnych na rynku marek, naprawdę można je uznać za bezalkoholowe, bowiem 0,5 litra zawiera mniej niż 0,5 proc. alkoholu. Takie same ilości można znaleźć – co ciekawe – w wielu innych produktach spożywczych, choćby w kefirze.

Z goryczką, ale bez procentów

Wydawałoby się, że stworzenie piwa bez procentów nie jest możliwe, bowiem w standardowym procesie warzenia zawsze powstaje alkohol. Jednak dzięki modyfikacjom procesu technologicznego można zmniejszyć ilość alkoholu w piwie lub go całkowicie usunąć. Da się to zrobić na kilka sposobów, np. przerywając fermentację, by nie dopuścić do wytworzenia alkoholu, destylując gotowy produkt lub używając specjalnego szczepu drożdży podczas fermentacji. Kompania Piwowarska, producent Lecha Free, pilnie strzeże swojej metody wytwarzania piwa bezalkoholowego. Na szczęście tajemnicą nie jest to, że w efekcie otrzymujemy napój o znikomej zawartości alkoholu, a jednocześnie niebędący piwem dla mięczaków. W końcu alkohol jest tylko jedną ze składowych chmielowego trunku, wcale nie najważniejszą – oprócz niego liczą się też bąbelki, piana, goryczka, barwa…

Piwo bezalkoholowe to rozwiązanie nie tylko dla plażowiczów, ale też wszystkich tych, którzy z różnych względów rezygnują z alkoholu. A zatem mogą po nie sięgnąć np. biznesmeni  podczas służbowego lunchu albo osoby, które przyjmują leki czy też mimo spotkania w gronie przyjaciół po prostu nie chcą spożywać alkoholu. I wreszcie argument na rzecz tej wersji piwa, który powinien przemówić szczególnie do płci pięknej – mianowicie piwo bez procentów z powodu niskiej zawartości alkoholu ma dwa razy mniej kalorii niż tradycyjne. A zatem podwójny brak zamienia się w podwójną korzyść. Czyżby wynaleziono napój idealny?

 

 

2,326 total views, 1 views today

Dodaj komentarz

Why ask?